E K S T R A W E R T Y C Z N Y   O J C I E C   D Y R E K T O R

K A T E G O R I E
Całość (85)
Polityka(36)
Kultura(18)
Rozmaitości(16)
Ĺťycie(14)
P R Z Y J A C I E L E
Annie
BTD
Ewidentnie
Hemoroid
Kirek
Kilvanteer
Magnes
Nixos
Neurocide
Neurocide @ polter
Nolron
Trip
Zymnos (Sim)
O D W I E D Z O N Y
przez liczniki gości
P O P E Ł N I O N Y C H
notek: 85
S Z N U R K I
Oznaczenia na blogu
Underground Pub
Moorhold
Knight of Darkness
Jakub Wędrowycz
Basoofka
A R C H I W U M
[ 2021 ] 06 05 04 03 02 01 [ 2020 ] 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 [ 2019 ] 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 [ 2018 ] 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 [ 2017 ] 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 [ 2016 ] 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 [ 2015 ] 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 [ 2014 ] 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 [ 2013 ] 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 [ 2012 ] 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 [ 2011 ] 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 [ 2010 ] 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 [ 2009 ] 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 [ 2008 ] 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 [ 2007 ] 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01 [ 2006 ] 12 11 10 09
P L A Y L I S T A
P O P I E R A M

Roman Giertych - strona




Najlepsze Blogi
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl

notka popełniona 5 października 2006 Polityka
KRET(A)YN

Wycieczki zagraniczne polskich prominentów były, są oraz będą zawsze solą polityki i sposobem na zacieśnianie więzi między... innymi ze swoimi kochankami, pseudopolitykami, pseudoinwestorami, pseudopaństwami (może w końcu też pseudokibicami). Nie można zapomnieć, kiedy grupa parlamentarzystów uskrzydlonych przez ówcześnie, miłościwie nam panującego Leszka Millera, wybrała się zacieśniać nasze stosunki gospodarcze z "zaprzyjaznionym państwem miłującym pokój i dążącym do demokracji" jakim była Korea Północna. Niebagatelne koszta jakie ponióśł zwykły podatnik szybko zostały zapomniane. Wycieczki Lepieja do rodziny ministerialnym samolotem już w ogóle pominę. Zakupy najdroższych limuzyn dla ministrów, sekretarek i innych krewnych królika, to inna bajka. Ale o swoich ciągotkach związanych z zaspokajaniem ciekawości świata przypomniał nam wiceszef PiSiorstwa  w małpolsce, niejaki Krzysio Woźniak. Otóż wybrał się on na jednodniową konferencję na Kretę, aby usłyszeć prelekcję swojego kolegi, na którą tak czy siak się spóźnił. Oburzający jest fakt, że wybrał się tam za pieniądze podatników. Natomiast doprowadzającym do szewskiej pasji jest to, że nie wybrał się tam drogą lotniczą, tylko służbowym samochodem, wraz z jakąś dupencją i szoferem, co kosztowało budżet państwa jedyne 11 tyś. złotych (słownie jedenaście tysięcy złotych, tak tych po denominacji). Co najlepsze, koszty podróży zostały mu zwrócone tak na piękne oczy, bez żadnych rachunków. Ale przecież jest Prawy i Sprawidliwy, więc można mu ufać.

Roman Edukator, znany ze swej bezkresnej wiedzy i mądrości przedstawi nam znaczenie słowa kretyn - Kretynizm, matołectwo, obecnie nieużywany termin oznaczający niedorozwój umysłowy ciężkiego stopnia powstały w wyniku wrodzonej pierwotnej niedoczynności tarczycy (biedny Krzysio). Natomiast Kreta jest wyspą położoną na Morzu Śródziemnym, należącą do Grecji. Jest ona największą grecką wyspą, i piątą co do wielkości wyspą śródziemnomorską. Podstawowe dane:
    * Powierzchnia wyspy: 8366 km²
    * Ludność: ok. 600 tys. mieszkańców
    * Długość linii brzegowej: 1040 km
    * Największe miasto: Iraklion (Heraklion)

Pozwolę sobie wsponieć ostatni weekend w pewnym pubie, do którego zwitało sporo moich, młodych wiekowo i/lub emocjonalnie, znajomych. Faktem jest, że swoje lata mam, wiele rzeczy już przeszedłem, ale nie przypominam sobie akcji takich, że każdy każdemu musi udzielać porad psychiczno-emocjonalnych. Zamiast zająć się relaksem, zabawą, do czego przeca po cięzkim tygodniu Weekend został przeznaczony, to nie lepiej szukać dziury w całym, kombinować, spisokować, obrabiać dupę i mieć po prostu spieprzony czas. Może taka teraz moda?

Hasło na dziś: Jacuś Kurski vel bullterrier kaczorów (jak kaczka może mieć psa?) 14 października 2005 roku rzekł coś takiego: "Z tym Wehrmachtem to lipa, ale jedziemy w to, bo ciemny lud to kupi...".

Niekomentujący
 

komentarzy: 5 | Link


notka popełniona 6 października 2006 Ĺťycie
JAK TU SIĘ NIE WKURWIĆ MAM?

Dzisiaj z innej zupełnie beczki. Niech nam żyje szkolnictwo wyższe, a w szczególności Uniwersytet Śląski. Z przyczyn związanych z pracą zawodową oraz otwarciem i prowadzeniem własnego interesu nie byłem w stanie podejść do letniej sesji egzaminacyjnej. Nie byłem w stanie podejś również do sesji poprawkowej, potocznie zwanej kampanią wrześniową. Biorąc pod uwagę mój wiek oraz to, że jestem na roku IV, zwróciłem się z uprzejmą prośbą do szanownego prodziekana d/s studiów zaocznych o umożliwienie powtarzania niezaliczonego semestru VIII. Minęło półtora tygodnia, dzwonię do dziekanatu - tak, dziekan udzielił zgody na powtarzanie semestru, potwierdzenie na piśmie dotrze pocztą. Super. Ucieszyłem się. Wczoraj odebrałem polecony z uczelni, nie śpieszę się z otwarciem, bo przecież wiem co tam będzie. Otwieram, czytam, przecieram, oczy, czytam jeszcze raz... Otóż szanowna uczelnia wzywa mnie natychmiast przed oblicze dziekana z datą wsteczną - znaczy mam się tam stawić nim list dotarł do moich rąk. Nic to. Dzwonię dzisiaj do dziekanatu aby zasięgnąć języka. Dowiedziałem się, że dziakan jednak zmienił zdanie, cofnął zgodę i chce mnie jak najszybciej widzieć osobiście. Jedyne co mi teraz na myśl przychodzi to kawałek Liroya "Jak tu się nie wkurwić?"...

komentarzy: 3 | Link


notka popełniona 9 października 2006 Polityka
NIECH BĘDZIE BAL

Tanie Państwo w wydaniu PiSiorskim powróciło do łask. Super Express opisał doskonałe sposoby oszczędzania pieniędzy, które poseł Kurski (od razu kojarzy mi się Kurski z "Miodowych Lat") otrzymuje co miesiąc na prowadzenie biura poselskiego. Otóż pan poseł wydał w swoim biurze przyjęcie z okazji urodzin żony. Nie myślcie sobie, że poseł marnował pieniądze podatników. Oszczędzano prąd - impreza odbywała się przy świecach, zamiast profesjonalnej ochrony na świecy stał piętnastoletni syn Kurskiego, który również nie marnował czasu wieszając się na furtce, skacząc przez ogrodzenie, wyiginając siatkę. Zwiadowcy Kurskiego w postaci dwóch dresiarzy donoszą o obecności reporterów TVN24, po czym wyruszają z krucjatą przeciw dziennikarzom. Z okrzykami typu "ty komunistyczna świno" rzucają w repoerterów koszami na śmieci. Sam poseł na szybko wymyślił bajeczkę o tym, że to wyborcy dziękują mu za rok pracy na rzecz Państwa, IV Rzeczpospolitej. Jak widać oszczędność objęła również IQ posła. Ale nie tylko Kurski się dobrze bawi. Posłowie z Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych do późnej nocy wznoszą toasty. Tym razem skupili się oni na losie Białorusinów. Przewodniczący komisji czerwony Czykwin nie widzi w tym nic złego. Nie straszny im zakaz marszałka Sejmu Marka Jurka, przecież nic o nim wcześniej nie wiedzieli. A imprezka musiał być przednia, bo sam Czykwin przygotował nalewkę, którą oprócz członków Komisji raczyli się również urzędnicy Kancelarii Sejmu, MEN o MSWiA. Tak też nasi posłowie realizują programy wyborcze oraz wydają publiczne pieniądze.

Tym razem jeszcze coś o biorytmie, który wymyślił berliński lekarz, Wilhelm Fliess w 1897 roku. Niestety teroria biorytmu nie ma podstaw naukowych, więc może być zaklasyfikowana jako wróżba, czy bele gówno. Według hipotezy Fliessa, biologiczny rytm człowieka podporządkowany jest ściśle określonemu wzorcowi: po okresie aktywnym następuje okres bierności, w którym odradza się energia życiowa. Według tej teorii, cykl sprawności fizycznej powinien trwać 23 dni, a cykl stanu emocjonalnego - 28 dni. Już po śmierci Fliessa zwonlennicy biorytmów dodali cykl sprawności intelektualnej o długości 33 dni. I tak, według wykresu na onecie, mój biorytm intelektualny ma dzisiaj wartość -100, czyli jestem skończonym kretynem (dziwne, myśli mi się całkiem sprawnie), fizyczny niby mam na plusie, a czuje się jak wykręcona ściera do podłogi. Nie wiem jak dotrzymam do 23. Emocjonalny róznież jest na plusie, ale tu akurat udało im się trafić, bo od pewnego czasu jest on stale w górnej części wykresu.

Nieodzowny Roman powie nam teraz czym jest świnia. Świnia domowa (łac. Sus scrofa domestica) – zwierzę hodowlane udomowione między 5000 a 3000 r. p.n.e. Dostarcza hodowcom mięsa, tłuszczu, skóry, podrobów, szczeciny. Jest ssakiem z rzędu parzystokopytnych, rodziny świniowatych. Normalna temperatura ciała zdrowej świni wynosi około 37,2°C.

Hasło na dziś zasponsoruje Pisior Michał Kamiński, który podczas sobotniego wiecu powiedział coś w ten deseń - "Mamy tu (na scenie) taki monitorek, na którym podglądamy wiec PO. Patrze na scenę a tam taaaaki pokemon, ale dzieci nie bójcie się, to tylko Jan Rokita"...

komentarzy: 1 | Link


notka popełniona 12 października 2006 Ĺťycie
POLSKA, BIAŁOCZERWONI!

Cała Polska żyje dzisiaj (kto żyje, ten żyje) zwycięskim meczem z Portugalią. Fakt, jest co przeżywać, bo białoczerwoni rozegrali fantastyczne spotkanie, w którym na próżno szukać błędów (oczywiście kilka takich miało miejsce, lecz na szczęście było ich tak niewiele, że nie warto poświęcać im uwagi). Okazuje się, że nasi reprezentanci ze zwykłych podwórkowych kopaczy potrafią przerodzić się w doskonale grającą drużynę. Jak mecz wyglądał, każdy chyba widział. Każdy, który nie wieszał psów na reprezentacji i postanowił jednak mecz oglądać. Po pierwszych minutach euforii strach mnie obleciał - czy wytrzymają kondycyjnie? Proszę, po 90 minutach nie wygladali na słaniających się na naogach. Jak się chce to można. Miejmy jedynie nadzieję, że ten styl wejdzie na stałe do gry reprezentacji i nie okaże się to wypadkiem przy pracy.

Cuda się czasem zdarzają. Przykładem tego jest wczorajszy mecz. Jednakże limit cudów został wyczerpany, więc Maciek Giertych, tatuś Romka, jednak cudownie nie zmądrzał i wysunął genialną prpozycję. Mianowicie rozpoczął on w europarlamencie kampanię na rzecz zniesienia obowiązkowego nauczania w szkołach teorii ewolucji. Maciek jest też zwolennikiem teorii kreacjonistycznej. W jej myśl, wszystkie organizmy żywe zostały jednorazowo stworzone przez Boga, tak jak to opisuje Biblia. Jego zdaniem, także biblijny potop to fakt historyczny. W swych publikacjach powołuje się na wyliczenia, z których wynika, że arka Noego miała wyporność 14 tys. ton. Panie Maćku przypominam, że Słońce krąży wokół ziemi, a ordalia są jedynym słusznym sposobem dowodzenia niewinności. Aż strach pomyśleć jaką wiedzę wpajał Maciek synkowi...

Romek powie nam co nieco o ordaliach (tak, poprawi tatusia). Ordalia (sąd boży) – środek dowodowy w średniowiecznym procesie. Ordalia opierały się na oczywistym dla współczesnych przeświadczeniu, że Bóg nie dopuści do krzywdy niewinnego, czyli stanowiły rodzaj wróżby. Należy zaznaczyć, że Ordalia nie były torturą ani karą. O przeprowadzeniu sądu bożego decydował sędzia z własnej inicjatywy, na wniosek powoda lub bardzo często również na wniosek oskarżonego lub pozwanego. W sądzie bożym mógł brać udział nie tylko oskarżony czy pozwany, ale również powód. Dotyczyło to zwłaszcza pojedynku. I to nie tylko w sprawach z oskarżenia prywatnego, ale również gdy oskarżycielem był władca. Z jego strony w pojedynku brał wówczas udział zastępca, wyznaczony przez monarchę.

Sponsorem dzisiejszej notki jest Marek Kuchciński, który podczas wywiadu udzielanego na żywo w telewizji TVN24 w dniu 29 września 2006 stwierdził, że PiS nie może dopuścić aby osoby skazane prawomocnym wyrokiem sądy były w rządzie. Wypowiedź ta dotyczyła byłego wicepremiera Andrzeja Leppera. Kuchciński wypowiadając te zdanie zapomniał, że przed podpisaniem koalicji PiS-LPR-Samoobrona politycy PiS negowali, a wręcz obrażali Anrzeja Leppera. Poseł Kuchciński zapomniał też, najważniejszej rzeczy, w swej wypowiedzi dla TVN24: dwóch liderów partii jest skazanych prawomocnym wyrokiem sądu: Lech i Jarosław (m.in. proces przeciwko byłemu sekretarzowi stanu w kancelarii prezydenta Mieczysławowi Wachowskiemu).

komentarzy: 6 | Link


notka popełniona 24 października 2006 Ĺťycie
BOHEMA

Dzisiaj początek notki zupełnie inny niż zazwyczaj, gdyż przelać na klawiaturę czy też ekran chcę swoje pozytywne wrażenia wywiezione ze stolicy naszych południowych sąsiadów. W weekendową podróż wybrałem się wraz z moją lepszą połową w piątkowy poranek, tak by dotrzeć do Pragi we wczesnych godzinach porannych. Kilkanaście kilometrów za Wrocławiem opuściliśmy autostradę na rzecz mniejszej dróżki prowadzącej nas coraz bliżej Sudetów oraz granicy. Szybko minęliśmy Szklarską Porębę i pięknym wąwozem zaczęliśmy się piąć w kierunku granicy. Pierwszym punktem programu była skocznia w Harrachovie. Znalezienie jej zmusiło mnie do pierwszego kontaktu z tubylcami. Zaskoczeniem dla mnie było, że nie zrozumieli słowa „skocznia”. Dopiero kiedy rzuciłem „ski jumping” załapali o co chodzi i bardzo ładnie wytłumaczyli mi drogę w swoim narzeczu. Na szczęście słowa „do prawa” i „presto” były dla mnie zrozumiałe. Mamucia skocznia to naprawdę coś ogromnego. Przyznać muszę, że skoczkowie mają chyba jaja jak arbuzy, bo mnie żadna siła nie zmusiłaby do wejścia na belkę, o zjechaniu w dół już nie wspominając. Po tej krótkiej przerwie wyjechaliśmy z gór, by w przeciągu godziny dotrzeć do Pragi. Dojazd do hotelu usytuowanego na Starym Mieście był mocno utrudniony przez niezliczoną ilość jednokierunkowych uliczek. Jednakże Ania przy pomocy mapy doskonale mnie poprowadziła. Szybko załatwiliśmy formalności hotelowe i ruszyliśmy w miasto. Na dobry początek rewelacyjny obiad w typowej czeskiej piwiarni „U Rudolfina”. Tak na dobrą sprawę nie do końca wiemy co jedliśmy, ale smakowało rewelacyjnie. Do tego po dwa kufelki rewelacyjnego piwa... Nawet to, że piwo miało pianę na trzy palce mi nie przeszkadzało. Po tym posiłku, którym zdecydowanie się przejedliśmy, ruszyliśmy krążyć po Starym Mieście. Gąszczu wąskich, krętych uliczek, okalających ich przepięknych kamienic, teatrów, oper, muzeów, kościołów, fontann nie sposób opisać. Jeszcze do tego wszystko skąpane w ciepłym świetle starych latarń... To po prostu trzeba zobaczyć samemu. Po Starym Mieście przyszła kolej na zatłoczony Most Karola, z którego widok na przecudnie oświetlone Hradczany powoduje mimowolne rozwarcie szczęk. Spacerkiem udaliśmy się na drugą stronę Wełtawy, czyli do dzielnicy Mala Strana. Tutaj, na podzamczu, kamieniczki są zdecydowanie mniejsze, ale sieć uliczek jest równie zawiła jak na Starym Mieście. Tutaj też zdecydowaliśmy się na wielce romantyczną knajpkę tuż nad Wełtawą. Miejsce to było tak przyjemne, że nawet chłód i wilgoć ciągnące od rzeki zbytnio nam nie przeszkadzały. Stamtąd znowu wbiliśmy się w Stare Miasto, gdzie zakończyliśmy zwiedzanie w barze „Hard Rock Cafe”, który z rockiem miał wspólną jedynie nazwę. Nie zmienia to faktu, że przynajmniej ten lokal nie był oblepiony gangiem uciekinierów z oddziału geriatrycznego. Była głośna muzyka, były różnorakie języki, kolory skóry i piłkarzyki, w które niestety nie udało mi się zagrać, bo brakowało chętnych (szkoda, bo chciałem spróbować sił w konfrontacji z międzynarodowymi graczami). Przy piwie Gambrinus zaznajomiłem się z jakimś Brytolem, który, z niezrozumiałych dla mnie powodów, nie interesuje się piłką nożną. Z HRC udaliśmy się w kierunku hotelu by po drodze usiąść w jeszcze jednej knajpce. Zamówiliśmy piwo, po czym dojrzałem w menu ciekawą pozycję – penne w sosie śmietanowym ze szpinakiem i czosnkiem. Małmazja. Teraz będę ciągle marudził, że chce to zjeść znowu...
W sobotni poranek nasi włoscy gospodarze pomylili godzinę śniadania i zamiast przynieść je o 10:30 przyszli godzinę wcześniej. Niestety nie mieliśmy ani siły, ani ochoty na otwarcie drzwi o tej porze. W takim wypadku sami zorganizowaliśmy sobie śniadanko – Ania coś lekkiego, ja musiałem przyjąć odpowiednią dawkę mięsa by podołać trudom całego dnia. Właściwie był to trzeci posiłek knajpiany i trzeci w pełni udany. Po śniadaniu wyruszyliśmy na Małą Stranę, na Hradczany. Tak jak w piątek śmialiśmy się, że jesteśmy chyba jedynymi Polakami w okolicy, tak też szybko zmieniliśmy zdanie. Na zamku królewskim Polaków było co niemiara. Sam zamek jest piękny, zbudowany w wielu stylach architektonicznych. Masa dziedzińców, budynków, bram, murów etc. Największą atrakcją jest kościół św. Wita. Przeogromna rozeta, nadzwyczajne bogactwo zdobień i genialne rzygacze. Weszliśmy do środka, opłaciliśmy bilety obeszliśmy nawę, katakumby i ruszyliśmy na Wieżę Południową. Tutaj w połowie 287 schodów okazało się, że moja lepsza połowa ma lęk wysokości. Na szczęście przełamała go (moje palce również) i spokojnie dotarliśmy na taras widokowy, z którego podziwiać można panoramę Pragi. A jest co oglądać. Pechowo się złożyło, że w sobotę było pochmurno i widoczność nie była w pełni zadowalająca. Po Hradczanach usiłowałem wypłacić pieniądze z kart, bo okazało się,  że za hotel musimy zapłacić gotówką. Niestety były jakieś problemy na łączach. Do tego przypomniałem sobie o tym, że zapomniałem wykupić winietę, co nieco zepsuło mi humor. Ale przerwa na papierosa, miła kawiarnia i, uwaga, filiżanka kawy (tak, na piłem się kawy, obiecałem, że wypiję i wypiłem; nawet nie była zła) pozwoliły mi się uspokoić. Wolnym krokiem ruszyliśmy ponownie na Stare Mesto, gdzie udało się dopaść sprawny bankomat. Nogi same nas zaniosły do „Hard Rock Cafe”, gdzie w końcu leciała porządna muzyka – najpierw koncert AC/DC, póżniej Rolling Stones. Aż się wychodzić nie chciało. Ale musieliśmy uregulować rachunek w hotelu, co też niemal niezwłocznie uczyniliśmy. Małe zakupy w Tesco i obiad w rytmach południowej muzyki. Spacer po Starym Mieście, lody i powrót do „Hard Rock Cafe”. Ponownie nie udało mi się pograć w piłkarzyki, ale za to spotkaliśmy ponownie znajomą Brytolską ekipę. Ogarniające zmęczenie skierowało nas w kierunku hotelu, ale ponownie ściągnęło nas do knajpki po drodze, w której po wypiciu piwa usiłowałem zakupić kufel, lecz barmanka nie uległa mojemu urokowi osobistemu. Ostatnia noc w hotelu.
Niedzielne, włoskie śniadanie na słodko Ani w pełni wystarczyło, dla mnie było zbyt słodkie. Szybko się spakowaliśmy i przed godziną 10 ruszyliśmy w kierunku Pilzna. Z pomocą Ani oraz mapy szybko dotarliśmy do autostrady i podążając za drogowskazami trafiliśmy do przecudnego Karlstejnu. Zamku, który tam stoi, też nie da się opisać. Polecam wyguglowanie sobie zdjęć. Po tym pozostało nam już wracać do domu. Zdjęcia ukradzionej przez Czechów złotej polskiej jesieni i wsłuchiwanie się w głos czytającej przewodnik Ani.
Reasumując – najlepszy, jak dotąd, nie będę się bał tego określenia, mój weekend w życiu.

komentarzy: 4 | Link


notka popełniona 26 października 2006 Polityka
NIEDALEKO PADA JABŁKO OD JABŁONI

Wczorajsza wypowiedź Romka dla TV na temat sytuacji jaka miała mijesce w gdańskim Gimnazjum pozwala przypuszczać, że nasz naczelny edukator musiał się doznać przyspieszonych skurczy ścian odbytnicy prowadzących do defekacji. Oczywiście, ze szczęścia, że zdarzyło się nieszczęście. Ktoś zapyta - dlaczego? Otóż dla niego to woda na młyn. Teraz ponownie może grzmieć o potrzebie stworzenia szkół specjalnych dla specjalnych uczniów, tak by normalni mogli się uczyć normalnie. Ciekaw jestem na jakiej zasadzie będzie prowadzona rekrutacja do owych szkół? O szkodliwych skutkach wprowadzenia takich podziałów wspominać nawet nie chcę - pedagogiem czy też psychologiem nie jestem, odpowiedniej wiedzy do dywinacji również nie posiadam, więc nie mogę w sposób naukowy ocenić skutków takiego rozdzielenia. Pewnym jest to, że skutki takie na pewno nie będą dobre. Jakże zmieniło się podejście naszych rodaków do rewolucyjnego pomysłu geniuszu klanu Giertychów – jeszcze miesiąc temu poparcie dla takiego pomysłu nie przekraczało 25% - dzisiaj przekracza 55%. Gdybym był jednym z Giertychów i wierzył w teorie spiskowe byłbym skłonny bardzo szybko wysunąć tezę, że całe zajście było inspirowane przez służby specjalne na wniosek R.G.

Drugi z klanu Giertychów, tym razem ten straszy, brnie dalej w swoich głupotach dotyczących kreacjonizmu (który nota bene powinien według niego zastąpić naukę teorii ewolucji w szkołach) i negacji teorii ewolucji. Mianowicie Maciek stwierdził, że ludzie żyli razem z dinozaurami – przecież wszyscy pamiętają Smoka Wawelskiego, Szkoci pamiętają potwora z Loch Ness, a w Chinach smoki były zaprzęgnięte do karoc. Ciekawe czy pamięta imiona reniferów śniętego mikołaja...

Sponsorem dzisiejszej notki jest nasz jaśnie panujący Dżarek the Duck i jego cytaty:
Jarosław Kaczyński, 21.09.2006:
“Pan Andrzej Lepper z tej szansy nie skorzystał. Po krótkim czasie powrócił do swoich praktyk, powrócił do czegoś, co trzeba określić jednym słowem: warcholstwo!”
Jarosław Kaczyński, 19.10.2006:
“Nie proszę pana, to nie było akurat o Andrzeju Lepperze. Kiedy mówiłem o warcholstwie, to podtrzymuję to, ja warcholstwa w dalszym ciągu nie będę tolerował. Ale to, że ja określiłem pana Leppera jako warchoła, to już była twórczość prasy, za którą ja nie odpowiadam.”
Jarosław Kaczyński, 20.07.2006
“Nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne”

komentarzy: 6 | Link



Kratko-grafika pobrana z sieci. Szablon za: Urszula Łupińska